Karl Denke i jego wyroby – makabryczna historia Kanibala z Ziębic

Historia opisana poniżej wydarzyła się naprawdę. Z powodzeniem mogłaby być tłem dla niejednego filmy grozy i – kto wie – może była. Pierwsza połowa XX wieku, małe miasteczko na Dolnym Śląsku i on – pobożny, dobroduszny i szanowany obywatel. Jednak wydarzenia, które miały miejsce w grudniu 1924 roku, sprawiły, że Karl Denke ze wzorowego mieszkańca ówczesnych Ziębic stał się potworem, a cała jego działalność zaczęła wzbudzać strach i obrzydzenie.

Lata młodości

Karl Denke urodził się 11 lutego 1860 roku w Kalinowicach Górnych – wsi położonej w granicach obecnego powiatu ząbkowickiego (tego samego, w którym leżą Ząbkowice Śląskie – tam też miała miejsce makabryczna historia będąca prawdopodobnie inspiracją do powstania powieści o doktorze Frankensteinie). Był synem dość zamożnych rolników – jego ojciec posiadał spore gosporadstwo rolne. Karl  od początku sprawiał problemy wychowawcze. Gdy w szkole był najgorszym uczniem, zaczęto podejrzewać, że jest on opóźniony w rozwoju i zaczęto starać się o jego ubezwłasnowolnienie. Jednak w wieku 12 lat uciekł on z  domu. Gdy w 1895 roku zmarł jego ojciec, całą gospodarkę przejął starszy brat. Karl otrzymał mniejszą część „ojcowizny” w postaci pieniędzy, za które kupił sobie działkę w Münsterbergu – ówczesnych Ziębicach. W wyniku złego gospodarowania, zmuszony został ja sprzedać, by kupić sobie dom przy ulicy Stawowej.  Żył z wynajmu pokojów, jednak kryzys spowodowany I wojna światową, zmusił Karla do sprzedaży domu. Sam się z  niego nie wyprowadził. Mieszkał w  mieszkaniu na parterze po prawej stronie od wejścia. Należała do niego także szopa, znajdująca się w  przydomowym ogródku. Oprócz Karla Denkego w domu mieszkał również nauczyciel oraz kupiec wraz ze swoją rodziną. Sam Karl Denkę, aby móc utrzymać się w tych trudnych czasach, zaczął pracować jako rzeźnik.

„Ojczulek” Denke

W bardzo szybkim czasie stał się on jednym z bardziej poważanych mieszkańców Ziębic. Uznawany był za osobę niezwykle pobożną i dobroduszną. Stronił on od papierosów i alkoholu. Nie utrzymywał także bliższego kontaktu z  kobietami. Wszyscy go szanowali i podziwiali za oddanie na rzecz osób bezdomnych. Wśród miejscowych nazywany został „Ojczulkiem Denke”. W swoim mieszkaniu przyjmował żebraków i włóczęgów. Dawał im schronienie, pożywienie i miejsce, w którym mogliby się umyć i odpocząć. Żadnemu z potrzebujących nie odmówił pomocy.

Przetwory z Hali Targowej

Wszyscy wiedzieli, że Karl Denke był rzeźnikiem, a swoje wyroby sprzedawał we wrocławskich Halach Targowych. Cieszyły się one sporym wzięciem. Z czasem oprócz porcji mięsa, wyrobów i weków, Karl zaczął sprzedawać wyroby rzemieślnicze – skórzane kapcie, torebki, paski. Wszystko zrobione własnoręcznie. Kupujący cenili te produkty za trwałość i precyzje wykonania.

Vincenz Olivier

21 grudnia 1924 roku na posterunek policji wbiega zakrwawiony Vincenz Olivier – bezrobotny czeladnik, który przybył do Ziębic dzień wcześniej. Szukał pracy i schronienia. Mieszkańcy polecili mu „Ojczulka Denke”, który na pewno nie zostawi go w  potrzebie i pomoże wyjść na prostą. Olivier trafił na Stawową i tam poznał Karla Denkego. Po krótkiej rozmowie Denke zaproponował mu 20 fenigów w zamian za pomoc w napisaniu listu do brata. Olivier zaczął pisać, jednak kiedy usłyszał „Adolf, ty tłusty bebechu” zaczął się śmiać i odwrócił się w stronę Denkego. Ten w tej samej chwili zadał mu mocny cios motyką. Prawdopodobnie ten unik uratował mu życie. Olivier zaczął krzyczeć czym wzbudził zainteresowanie sąsiadów. Pobiegł na posterunek policji i oskarżył Karla Denkego o próbę morderstwa. Policjanci i sąsiedzi nie chcieli wierzyć, że szanowany obywatel mógłby być zdolny do takich czynów. Denke zeznał, że owszem zadał Olivierowi cios, ale w obronie koniecznej. Według Karla Olivier go napadł i chciał okraść, a ten tylko się bronił. Brzmiało to wiarygodnie. Mimo wszystko procedury były nieubłagane, musieli zatrzymać go do momentu wyjaśnienia sprawy. Po kilku godzinach podczas obchodu, zauważono, że Karl Denke nie żyje – powiesił się w swojej celi. Policjanci i prokuratura uznali, że „porządny mieszkaniec Ziębic” nie wytrzymał psychicznie kłamliwych oskarżeń – do końca wierzyli w  niewinność Karla Denkego.

Makabryczne odkrycia

Krewni Denkego  wystąpili o wydanie jego ciała oraz o wyrażenie zgody na pogrzeb. W tym samym czasie policjanci udali się do domu samobójcy, w celu zabezpieczenia mienia. Obawiali się, że prywatne rzeczy zostaną rozkradzione. Po wejściu do mieszkania ujrzeli makabryczny widok. Wszędzie wisiały zakrwawione ubrania. Na półkach porozrzucane były ludzkie kości oraz obcięte stopy i dłonie. Na stole znajdowały się słoiki z mięsnymi przetworami oraz rzemyki i torebki wytworzone z ludzkiej skóry. W szafce znaleziono dokumenty  – łącznie 21 dowodów tożsamości oraz notes, w którym Denke zapisywał nazwiska swoich ofiar. Były to osoby, których nikt nie szukał – bezdomni, żebracy, prostytutki lub przyjezdni, szukający pracy w  Ziębicach. Denke zwabiał ich do domu, oferując pomoc. Szacuje się, że kanibal mógł zamordować 40 osób. Szybko okazało się, że „najlepsza cielęcina w mieście” to tak naprawdę ludzkie mięso odpowiednio zapeklowane w słoiki.

Dom na Stawowej

Obawiając się skandalu, sprawę starano się wyciszyć. Prokuratura nie kryła zadowolenia z  faktu, że Denke popełnił samobójstwo. Dzięki temu nie doszło do procesu i sprawa nie została aż tak nagłośniona. Nie jest znana dokładna liczba ofiar kanibala. Posesji jak i przydomowego ogródka nigdy dokładnie nie przeszukano. W 1928 roku dom został wydzierżawiony przez miasto. Stoi do chwili obecnej – zmienił tylko numer z 10 na 13. Jego mieszkańcy na początku czuli się oszukani. Kiedy przydzielono im ten dom, nie wiedzieli, że jego pomieszczenia skrywają tak krwawą historię. Na początku było im nieswojo, jednak z biegiem czasu przyzwyczaili się do myśli, że mieszkają w  domu mordercy. Nie mogą za to przyzwyczaić się do pielgrzymek osób zainteresowanych historią kanibala z Ziębic. Nie ma dnia, żeby nie pojawił się jakiś dziennikarz chcący przeprowadzić wywiad, student psychologii piszący pracę o seryjnych mordercach czy ktoś ciekawski, chcący porobić kilka zdjęć domu i ogródka. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy nie wyrażają zgody na dokładniejsze badania, w tym prace kryminalistyczne i archeologiczne w ich ogródku. Obawiają się, że znaleziska na nowo nagłośnia sprawę i nie poradzą sobie oni z tłumami, chcącymi zobaczyć na żywo dom, w którym mieszkał Karl Denke.

Źródło

Mapa

Loading map...

Loading

p

Spodobał Ci się ten post?
Daj nam o tym znać, zostawiając pod nim komentarz. Możesz także udostępnić wpis – dzięki temu Twoi znajomi również będą mieli okazję go przeczytać. Dodatkowo zapraszamy na nasze profile na facebooku i Instagramie – znajdziesz tam sporo zdjęć, głównie tych niepublikowanych na blogu.
  • Jejku, ale historia … nie słyszałam nigdy, mimo, że to prawie moje rodzinne strony ….

  • Historia niczym z Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street

  • Danuta N.

    Prawdziwa masakra 🙁

  • Znam wiele historii morderców, bo interesuję się kryminalistyką i psychologią sądową, ale zdecydowanie historie kanibali to najbardziej przerażające i obrzydliwe relacje zbrodni.

  • mama-na-swoim.pl

    Straszne rzeczy. Nie wyobrażam sobie tego.

  • Trochę obrzydliwe. Ofiary jak zwykle zapomniane i nieistotne, a takie bydlę „interesujące”, warte opisania i unieśmiertelnienia jakby był co najmniej wart zapamiętania.

  • Super post! 🙂

  • Justyna Długoborska

    Słyszałam o podobnej historii, ale gdzieś z Pomorza, niestety wszystkiego nie pamiętam, ale zapadło mi w pamięć, że morderca również sprzedawał ludzkie mięso na targu.

  • Bardzo ciekawa historia – lepsza niż niejedna zmyślona. Szkoda tylko ludzi, którzy padli ofiara psychopaty… Swoją drogą chyba nie dałabym rady mieszkać w domu z taką historią.

  • Niezła historia, chętnie pobuszowałbym po Polsce szlakiem takich ewenementów ludzkich 🙂

  • Takie historie nigdy nie nudzą. Bardzo ciekawy artykuł!

  • Słyszałam tę historię. Niezła makabra 😀
    A niedawno ten motyw wykorzystany został w serialu „Belle Epoque”.

  • Monika (mama na całego)

    „ludzkie mięso odpowiednio zapeklowane w słoiki” – brrrr

  • Marlena Marczuk

    Woooow. Najlepsza cielęcina w mieście. Brrrr! Aż mnie trzęsie na samą Myśl.